Zarządzanie przez inwigilację

– Słyszałeś? szef zmarł…
– Tak… i cały czas się zastanawiam kto jeszcze…
– Jak to „kto jeszcze”?
– No tak, w nekrologu było: „wraz z nim odszedł jeden z naszych najlepszych pracowników”.

Inwigilacja – jakkolwiek słowo to ma w naszym kraju konotacje wybitnie negatywne – z definicji polega na dyskretnej, lecz zarazem systematycznej obserwacji pracowników w celu upewnienia się, że procesy realizowane w firmie przebiegają bez zakłóceń. Koncepcja, z ang. zwana „Management by Invigilation”, stanowi odmianę kontroli kierowniczej, przy której sama ingerencja menedżera w wykonywane przez podwładnych zadania zostaje zredukowana do minimum. Kierownik przeprowadza niezbędne interwencje podczas wizytacji stanowisk, zaś poza tym skupia się na własnej pracy koncepcyjnej. Ważne jest przy tym, by nie utożsamiać inwigilacji z naruszaniem prywatności pracowników – ich nadzorowanie nie powinno bowiem polegać na zastosowaniu metod szpiegowskich, takich jak zakładanie monitoringu w pomieszczeniach firmy, instalowanie na komputerach programów typu „oko szefa” (choć jak najbardziej wskazana jest blokada niektórych popularnych – także w godzinach pracy – portali społecznościowych!) czy też czytanie prywatnej korespondencji podwładnych.

Codzienna inwigilacja w zakładzie pracy winna zostać połączona z postulatem minimalizacji interwencji kierowniczej, a tym samym przybierać formę tzw. „inwigilacji czystej”, wyrażającej się jedynie w zabezpieczaniu prawidłowego przebiegu zadań. W ostateczności szef wprowadzać może korektę, jeśli zauważy jakoweś nieprawidłowości w procesach, czyli de facto pozostaje on w stanie „ciągłej gotowości do interwencji, jeśli zachodzi taka potrzeba” – jak krótko i treściwie ujmuje to wspominany już T. Kotarbiński. Jeżeli stopień realizacji celów w danym okresie nie odbiega od wytyczonego planu i wyobrażeń menedżera, w żadnym wypadku nie powinien się on wtrącać w pracę innych, lecz pozostawić im szeroki zakres swobody i zamiast spierać się o szczegóły, wrócić do własnych zadań. Pierwowzoru techniki zarządzania przez inwigilację dopatrywać się zresztą można w porzekadłach ludowych: „pańskie oko konia tuczy” oraz „gdy myszy kota nie czują, bezpiecznie sobie harcują”, w których ewidentnie wyraża się też fundament tej koncepcji – przyglądać się pracy podwładnych, by nie mieli poczucia zupełnej dowolności, a jednocześnie nie dorzucać swych trzech groszy bez potrzeby…

Sama inwigilacja czysta wykazuje dużą skuteczność jako technika motywacyjna, albowiem podwładni, zdając sobie sprawę, iż są obserwowani i oceniani na podstawie swych wyników, zachowują się zupełnie inaczej niż „pozostawieni sami sobie”. Również wiedza o tym, iż po pewnym okresie nastąpi rozliczenie z realizacji zadań, mobilizuje pracowników do efektywnego działania – efekt ten nie występuje w przypadku, gdy menedżer daje załodze wolną rękę i pozwala wykonywać pracę, nie limitując czasu na osiągnięcie poszczególnych celów cząstkowych. Omawiana koncepcja idealnie zdaje egzamin w firmach, gdzie praca odbywa się w systemie open-office, zaś kierownik ma możliwość stałej obserwacji pracowników. Dodatkowo może uprościć sobie to zadanie, umieszczając własne stanowisko pracy na podwyższeniu i w centrum pomieszczenia biurowego, dzięki czemu jest możliwe przyglądanie się działaniom podwładnych bez jednoczesnego odrywania się od własnej roboty.

Jakkolwiek zarządzanie przez inwigilację to technika, która swymi korzeniami sięga zamierzchłych czasów, to jednak we współczesnych firmach nadal nie zawsze jest doceniana. Najlepszy tego przykład zaobserwujemy dosłownie…na ulicy, przyglądając się pracy niejednej ekipy budowlanej. Jakże często pracownicy, pozostawieni bez nadzoru szefa, właściwie niemal nie pracują, większą część dniówki poświęcając na rozmowy. Z zagadnieniem systematycznej obserwacji wiąże się ponadto kwestia preferencji w zakresie: lepiej naprawiać błędy czy zawczasu im zapobiegać? Raz jeszcze powołam się tu na naszego rodzimego klasyka, T. Kotarbińskiego, w którego pismach znaleźć można pogląd, iż „czynności prewencyjne mniej w praktyce kosztowne bywają od czynności permutacyjnych”. Przekładając to na nieco bardziej zrozumiały język: lepiej zapobiegać niż leczyć, co z punktu widzenia menedżerskiej praktyki oznacza, iż zdecydowanie mniej kosztować nas będzie poświęcenie nieco czasu na dyskretną obserwację pracowników, aniżeli poprawianie ich błędów i szukanie winnych wówczas, gdy firma stanie w obliczu znacznego pogorszenia wyników.

Marta Konstancja Olesińska

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *