Dobry pomysł, dotacji brak – czy to dlatego, że to Polska?

Wiele osób westchnie tu, że tak częste problemy związane z programami przydzielania dotacji (żeby nie powiedzieć wprost, że z urzędami i urzędnikami nimi zarządzającymi) to wina Polaków i ich jakoby wrodzonej skłonności do lenistwa, korupcji i ogromnej liczby innych negatywnych cech. Będę musiał zawieść tą rzeszę euroentuzjastów znajdujących przyjemność w poniżaniu własnego kraju oraz arbitralnie uznających, że narodowość przez nich posiadana (bo przecież z samego faktu swojej europejskości nie przestają być Polakami) implikuje posiadanie negatywnych cech w życiu gospodarczym czy społecznym. Korupcja oraz kumoterstwo przy przydzielaniu dotacji z unijnej kasy występują nie tylko w Polsce. O ile w krajach tak zwanej „nowej Europy” widać dość wyraźnie rozbiegnięcie się teorii i praktyki przy subsydiowaniu małej przedsiębiorczości (przykładami mogą być chociażby Bułgaria i Rumunia), o tyle już w „starej Europie” zjawisko to ma rozmiar bardziej patologiczny i tyczy się w mniejszym stopniu wymienionych form subwencji (po pierwsze ze względu na mniejszy popyt na nie, a po drugie biorąc pod uwag ich mniejszą podaż mając na uwadze to, że idee fixe Unii Europejskiej jest „wyrównywanie poziomu rozwoju w Europie”, „eliminowanie różnic” oraz „równość”, co oznacza, że niektóre tak zwane programy unijne nie będą miały zastosowania w Republice Federalnej Niemiec (częstokroć z wyłączeniem landów byłej Niemieckiej Republiki Demokratycznej) czy Wielkiej Brytanii. Afery korupcyjne targają również Brukselą czy Berlinem – ten temat jest jednak zaskakująco często zamilczany przez media polskie zajęte wpajaniem obywatelom Polski, że żyją na jakiejś przeklętej ziemi ‑ dosłownie skażonej nieusuwalną wręcz skłonnością do matactw i nadużyć. W zasadzie jest to złe określenie: dokładniej chodzi o to, że Polacy mieliby być z samej racji swojej narodowości (obywatelstwa?) źli i przeżarci korupcją. Otóż nie: łapówkarstwo, „dziwne” ustalenia zakulisowe w parlamencie, koniunkturalizm oraz wynikające z tego skandale związane z dotacjami są obecne także w krajach „starej Europy”, a stolicą tych mówiąc eufemistycznie „problemów” jest Bruksela. Tam jednakże mają swoje siedziby instytucje decydujące o wsparciu publicznym nieporównanie od 40 tysięcy złotych dla Pani Jadzi na założenie przez nią biura rachunkowego czy gabinetu kosmetycznego. To tam zapadają decyzje tyczące się setek milionów mieszkańców kontynentu zwącego się Europą (Unia Europejska ostatnimi laty zawłaszcza nazwę tego wielkiego kontynentu na swój własny użytek marketingowy). Afery na dziesiątki lub setki milionów euro związane z zamówieniami publicznymi, ustawami i regulacjami dziwnym przypadkiem sprzyjającym określonej firmie lub grupie (vide: zakaz używania pewnych rodzajów żarówek czy termometrów) czy też właśnie przydzielaniu ogromnych dotacji działającym wielkim korporacjom (vide: teoretycznie zabronione dotowanie niemieckich i francuskich gigantów przemysłowych) rodzą się właśnie w centrach decyzyjnych krajów, które według oficjalnej propagandzie miałyby być w sposób zasadniczy „lepsze” gospodarczo oraz cywilizacyjnie od Polski.

Wiele osób zapyta jak ma się to do relacji między biznesplanem a dotacjami.

Otóż ma to być swego rodzaju gorzkie pocieszenie dla tysięcy osób nie tyle wierzących, co pewnych jakości swojego przedsięwzięcia (choćby z tego powodu, że działa ono „na czarno” od dłuższego czasu i nieźle sobie radzi) i rozgoryczonych którąś z rzędu decyzją o „utrąceniu” ich biznesplanu. Lektura choćby forów dyskusyjnych czy bezpośrednie dyskusje z obecnymi lub potencjalnymi biznesmenami zaiste rodzi odruch współczucia dla tych osób. Sam urzędnik potrafił otwartym tekstem przyznać, że biznesplan jest najlepszy, jaki można sobie wyobrazić, ale… Takich „ale” może być multum, w zasadzie nawet nie warto ich wszystkich tu wymieniać. Liczy się skutek: dotacja nie może zostać przyznana (co ciekawe, biznesplan „gorszy”, jednak przygotowany przez firmę doradczą urzędnika, jego krewnego lub znajomego potrafił znaleźć większe uznanie w oczach reprezentowanego urzędu). Zdesperowani chwytają się procedur odwoławczych, często z podobnie miernym skutkiem. Dotacji nie ma mimo ogromu czasu i pieniędzy zainwestowanych w tworzenie biznesplanu i innych wypełnianych dokumentów (chodzi przede wszystkim o wypełnianie wniosków). Ludzie ci czasami są całkiem zdezorientowani, dlaczego stało się tak a nie inaczej, czasami mają tylko pewne przeczucia, a czasami twarde dowody (dość wspomnieć aferę z przydzielaniem dotacji na Dolnym Śląsku). Jednak jaki wymierny efekt gospodarczy da bezrobotnemu czy absolwentowi wieloletnia batalia prawna zakończona nawet wtrąceniem sprzeniewierzających się swoim obowiązkom urzędników do więzień?

Wnioski z tego rozdziału są dwa:

  1. Pod względem formalnym można uznać biznesplan za najważniejszy dla pozyskania dotacji. W realnym życiu jednak można przeżyć naprawdę duże rozczarowanie. Powyżej opisano, dlaczego wbrew pozorom nie jest to niczym niezwykłym.
  2. Negatywne sytuacje związane z przydzielaniem pomocy publicznej (kumoterstwo, korupcja, ogólna nieefektywność tego typu działań) nie są specjalnością polską. Mają one miejsce także na bardzo wysokim szczeblu władz Zjednoczonej Europy.

Nie jest to pocieszeniem wielkim, ale jednak zawsze jakimś…

Karol Szczepański

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *